fbpx

Preceptor

Jak zdałam certyfikat B2 po 3 latach nauki

Dzisiaj trochę osobistej historii, bo sporo osób pyta mnie o moją naukę szwedzkiego. Chociaż traktowałam to w całości jako hobby, to wcale nie odpuszczałam nauki. Nigdy nie była też ona priorytetowa, bo miałam dużo innych obowiązków. Uczyłam się też wyłącznie dla siebie, bez presji i zewnętrznego bata nad głową. W takim razie jak to zrobiłam?

Początki

Na filologię germańską ze specjalizacją język szwedzki poszłam w 2016 roku. Spokojnie mogę powiedzieć, że nie znałam tego języka wcale. Oczywiście po przyjęciu mnie na studia trochę czytałam o szwedzkim, przejrzałam pierwsze rozdziały jakiegoś samouczka, ale mój poziom był zdecydowanie zerowy.

Równocześnie rozpoczęłam studia magisterskie na filologii angielskiej, na tym samym wydziale co sprawiło, że nie mogłam chodzić na wszystkie zajęcia. Oczywiście oprócz tego pracowałam w szkołach językowych, a zajęcia prowadziłam 7 dni w tygodniu. Nie byłam w stanie poświęcić całych dni na naukę szwedzkiego, ale codziennie do niego zaglądałam.

Po co te tłumaczenia? Bardzo często słyszę wymówkę „nie mam czasu na naukę”, bo pracuję, studiuję, mam dzieci, opiekuję się chorym kotem, itd. Chcę Wam pokazać, że nie miałam idealnych warunków i całych wolnych dni. Nie zarabiałam wtedy dużo, więc musiałam „wyrobić” dużo godzin tygodniowo, w różnych miastach. Jednak zdecydowałam się na naukę szwedzkiego, więc traktowałam ją poważnie.

Dlaczego wybrałam studia?

Zanim zdecydowałam się na filologię szukałam kursów języka szwedzkiego w Katowicach. Nie jest to popularny język, więc wtedy znalazłam tylko dwie szkoły językowe, które go oferowały. Ceny były bardzo wysokie jak na moje studenckie możliwości, a oferta mało atrakcyjna, bo tylko 60 minut tygodniowo.

Niewątpliwą zaletą studiów była cena i intensywność zajęć, a największą wadą sama postać studiów. Oczywiście było mnóstwo innych przedmiotów, które mnie absolutnie nie interesowały, a musiałam je zdać. Nie mogłam też pomarudzić na prowadzącą zajęcia, jeśli coś mi nie odpowiadało.

Teraz, po studiach i z większymi możliwościami finansowymi nie chciałabym wrócić na uczelnię i w ten sposób poznawać języka, ale wtedy była to zdecydowanie najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć.

Pierwszy semestr

Na pierwszym semestrze w planie było 7 zajęć po 90 minut tygodniowo. Chodziłam tylko na 6 z nich, pozostałe zajęcia na tym kierunku omijałam. Za to uczęszczałam na zajęcia z angielskiego i niemieckiego w biznesie na drugim kierunku, więc w ciągu jednego tygodnia miałam styczność z trzema językami obcymi.

Zajęcia z PNJS (Praktyczna Nauka Języka Szwedzkiego) były prowadzone przez trzy różne osoby, co było dla mnie ogromną zaletą. Każda osoba miała inne podejście i korzystała z innych materiałów, więc mieliśmy wielką różnorodność zajęć.

Przede wszystkim opieraliśmy się na podręczniku Rivstart A1+A2, ale co zajęcia dostawaliśmy też dodatkowe kserówki. Z gramatyki korzystaliśmy z książki Troll 1 oraz Första övningsboken i svensk gramatik. Obowiązywały nas słówka z tych wszystkich pozycji, co zajęcia była wejściówka ze słówek. Średnio co dwa tygodnie było kolokwium.

Tempo było naprawdę duże, w grupie około 20 osób. Po pierwszym semestrze spokojnie byliśmy na poziomie A1. W sesji zimowej mieliśmy egzamin z PNJS, który udało mi się zdać na 5. Byłam strasznie zadowolona.

Drugi semestr

Na drugim semestrze oprócz 7 zajęć z PNJS mieliśmy też pierwszy przedmiot po szwedzku, czyli historia Szwecji. Znów chodziłam tylko na sześć z siedmiu bloków zajęć, ale tempo pracy było podobne. Podręczniki właściwie te same, chociaż w kwietniu skończyliśmy Rivstart A1-A2 i zaczęliśmy kolejną część, Rivstart B1-B2.

Samodzielnie bardzo dużo czasu poświęcałam na słuchanie, bo z nim miałam największy problem. Codziennie dużo jeździłam samochodem i puszczałam podkasty, głównie Radio Sweden på lätt svenska. Słuchałam codziennie, przez około 30-60 minut, w zależności od dnia.

W czerwcu oprócz egzaminów mieliśmy też próbny egzamin Swedex B1, który zdałam. Same egzaminy też zaliczyłam i mogłam kontynuować naukę na drugim roku.

Porzuciłam uniwersytet

Jednak gdy w październiku 2017 wreszcie dostaliśmy plan, to zdecydowałam się rzucić te studia w cholerę. Wreszcie dowiedziałam się dlaczego nazwa kierunku to „Filologia germańska, specjalność: język szwedzki”. Czekały mnie takie przedmioty, jak literatura niemiecka, wiedza o Niemczech i 3 razy w tygodniu PNJN (niemiecki), za to PNJS był już tylko 5 razy z zupełnie innymi prowadzącymi.

Byłam na kilku zajęciach do grudnia 2017 i zrezygnowałam. Zrobiłam sobie przerwę od szwedzkiego, bo uniwersytet skutecznie mnie do siebie zniechęcił.

Praca samodzielna

Przez cały okres studiów korzystałam z dwóch aplikacji do nauki słówek, Quizleta i Anki. Po roku intensywnej nauki miałam naprawdę sporo słownictwa do powtarzania, więc zajęłam się głównie tym. Codziennie spędzałam około 15 minut na powtarzaniu słówek i nadal w samochodzie słuchałam Radio Sweden przez mniej więcej 30 minut.

Czasem znalazłam jakąś książkę w uproszczonym szwedzkim do poczytania, czasem coś obejrzałam, ale była to raczej nauka z doskoku i utrzymanie znajomości niż faktyczny rozwój.

Skupiłam się na anglistyce, pracy magisterskiej i nauczaniu innych.

Powrót i wybór szkoły językowej

Moja przerwa trwała około rok, bo w grudniu 2018 stwierdziłam, że muszę wrócić do języka. Zdecydowałam się znaleźć szkołę językową, która mi w tym pomoże. Oferta w Katowicach nadal była uboga, więc zdecydowałam się szukać również online.

Wysłałam maile do 15 różnych firm z pytaniem o możliwość i cenę indywidualnych lekcji szwedzkiego online. Dostałam odpowiedź od 12 z nich, z czego 8 było odmownych. Dokładnie przejrzałam ofertę pozostałych i zdecydowałam się na lekcję próbną w Humli z prostego powodu – oferują tylko język szwedzki i tylko online. Pozostałe szkoły traktowały szwedzki po macoszemu, a większość zajęć prowadziły stacjonarnie. Szukałam profesjonalistów i chciałam być traktowana poważnie.

Nie zawiodłam się i od razu zdecydowałam się rozpocząć naukę z Weroniką z Humli w styczniu 2019. Zajęcia miałam raz w tygodniu, opierałyśmy się na podręczniku Rivstart B1-B2, ale z całą masą dodatkowych materiałów i źródeł. Weronika co poniedziałek przepytywała mnie ze słownictwa, a potem zadawała mnóstwo prac domowych. Trochę gramatyki, trochę czytanek, coś do obejrzenia, ale też bardzo dużo mówienia.

Taki sposób prowadzenia zajęć bardzo pomógł mi się otworzyć ponownie na szwedzki i przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo go lubiłam. Skończyłam też wtedy edukację na uniwersytecie i skupiłam się tylko na pracy, więc miałam więcej „możliwości umysłowych” na szwedzki.

Przygotowanie do Swedexa

W kwietniu 2020 moje zajęcia z Weroniką kompletnie się zmieniły, bo chciałam porządnie przygotować się do egzaminu. Weronika jest egzaminatorką Swedexu, więc dokładnie wie, czego można się spodziewać na egzaminie. Nadal spotykałyśmy się tylko raz w tygodniu, ale tempo zdecydowanie wzrosło.

Ćwiczyłam typowo pod egzamin, więc czytanie na czas, słuchanie na punkty, mówienie na temat i pisanie rozprawek z idealną argumentacją. To były bardzo intensywne i męczące trzy miesiące, ale cały nakład pracy ogromnie się opłacał!

W czerwcu 2020 podeszłam do egzaminu Swedex na poziomie B2, napisałam go bez problemów i postanowiłam, że znów potrzebuję przerwy.

Szwedzki na luzie

Tak bardzo polubiłam cotygodniowe spotkania z Weroniką, że tym razem przerwa trwała tylko miesiąc i już pod koniec lipca miałam kolejne zajęcia. Jednak teraz wyglądają one zupełnie inaczej, bo zależy mi na kontakcie z językiem, możliwości porozmawiania z kimś po szwedzku, przeczytania naprawdę interesujących artykułów i obejrzenia ciekawych programów. Nie chce mi się szukać ich samodzielnie, wolę zdać się na Weronikę.

Co dalej?

Nie zamierzam porzucać szwedzkiego, ale nie potrzebuję (przynajmniej na razie) aż tak intensywnej nauki. Chcę zrobić sobie taką „lajtową” przerwę przez około rok, a potem kto wie…

Czytaj dalej

Chcesz zdać egzamin?

Zajrzyj poniżej!

Wpadnij na moje social media!